
W Vannes.
Dzwony biły nieustannie od przynajmniej pół minuty. Dziwne. Musiała być co najmniej ósma dziesięć. Z reguły nie śpię już, kiedy wybijają ósmą. Osiem regularnych uderzeń. Z reguły motywują mnie do wstania. Jeśli nie one, to, zwłaszcza podczas silnych wiatrów, zapach świeżych croissantów wpadający z piekarni na partarze do mojego mieszkanka szybem wentylacyjnym…
Dziś nie słyszałam pierwszych dzwonów. Albo nie zwróciłam na nie uwagi…
Kiedy przeprowadziłam się do mojego mieszkania na poddaszu XIX wiecznej kamienicy w samym centrum Vannes, z oknem w sypialni wychodzącym prosto na dzwonnicę kościoła saint Patern, nie umykały mojej uwadze. Liczyłam każde uderzenie oraz czekałam na południowy koncert – walkę dzwonów katedralnych z dzwonami najstarszego kościoła w mieście pod patronatem św Paterna – jednego z siedmiu świętych bretońskich. Jego imię nosi również dzielnica otaczająca kościół. Stara, średniowieczna a jednak tętniąca życiem. To tu znajdują się najlepsze restauracje w mieście oraz kluby studenckie. Bo Vannes choć niewielkie, to gości filię uniwersytetu Bretania Południe.
Latem w wybrane dni ruch uliczny jest tu wstrzymany, a wszelkie restauracje przenoszą się na ulicę tworząc festiwal smaków, zapachów, kolorów a także dźwięków – nierzadko latem można zjeść tu przy akompaniamencie bardziej lub mniej lokalnych muzyków.
Z Saint Patern do portu, będącego mekką turystów, można przejść na dwa sposoby. Miastem lub zamkowymi ogrodami. Obie drogi są kuszące. Idąc zamkniętym dla ruchu samochodowego miastem, możemy wdrapać się na doskonale zachowane mury miejskie i podziwiać z góry piękny ogród francuski z geometrycznymi, kolorowymi kompozycjami florystycznymi oraz olbrzymią wierzbę płaczącą rosnącą u stóp zamkowej fosy…
Ogrody te są częściowo otwarte dla mieszkańców, którzy chętnie nimi spacerują, odpoczywają czy piknikują. Wszystko przy akompaniamencie dzwonów…
Jest też część właściwa Zamku Herminy (gronostaja) z ułożoną kompozycją kwiatową przedstawiającą to zwierzę, będące symbolem Bretanii.
Legenda głosi, że pewnego dnia książę Jan IV Bretoński polował i ścigał małe zwierzę – gronostaja. Zwierzę uciekając dotarło do błotnistego miejsca. Mogło wskoczyć w błoto i się uratować, ale wtedy pobrudziłoby swoje śnieżnobiałe futro. Zamiast tego zatrzymało się i wolało zginąć niż się splamić.
Książę, widząc to, był tak poruszony, że oszczędził zwierzę. Od tego czasu hermina stała się symbolem Bretanii i czystości, a jej motto brzmi: Plutôt la mort que la souillure (Raczej śmierć niż hańba).
Ale wróćmy do miasta! Kierując się w do centrum mijamy eleganckie odzieżowe butiki (z równie eleganckimi cenami…), rozliczne galerie sztuki czy sklepiki z kraftowymi akcesoriami dekoracyjnymi do domu. Mijamy również rozliczne restauracje (są pojedyncze wyjątki, ale te najlepsze zostały w saint Patern, im bliżej portu, tym mniejsze szanse na naprawdę dobry obiad!).
Docierając do katedry powracają charakterystyczne budynki w murze pruskim. U fundamentów kamienne, im wyżej tym bardziej kolorowe. I tym szersze… Będąc we Francji nie raz zastanawiałam się dlaczego metraż okołośredniowiecznych budynków. rośnie wraz z piętrami. Otóż Francuzi tak samo kreatywnie podchodzą do teamtu tworzenia nowych podatków jak i ich omijania. W okolicy XVIII wieku na wysokość podatku od nieruchomości największy wpływ (po ilości okien i drzwi) miał metraż liczony według wielkości fundamentów. Stąd niższe piętra bywały znacząco węższe niż wyższe kondygnacje. No cóż…trzeba sobie jakoś radzić.
Idąc dalej mijamy place de lices. Jest to najmniej przyjemna część spaceru. Historzyczne konstrukcje mieszają się z niezbyt estetycznymi a to wszystko wokół zbyt wybetonowanego placu, na którym zdecydowanie brakuje zieleni.
Zbliżając się do portu wyraźnie wzrasta liczba sklepów z pamiątkami turystycznymi. Mur pruski ustępuje też chwilowo nieco nowocześniejszej architekturze – eleganckim kamieniczkom z końca XIX wieku z dużymi oknami i balkonami francuskim.
Pierwsze zacumowane statki widzimy przez bramę świętego Vincenta, która oficjalnie wita nas w porcie położonym na planie półokrągłym. Portu dzielnie strzeże szereg lekko wypłowiałych po dość ciężkiej zimie palm. Mają za sobą kilka ciężkich miesięcy, teraz będzie tylko lepiej.
Dodaj komentarz